Żeby niemożliwe stało się możliwe
czwartkowe spotkania grupy wsparcia
Spotkania przeznaczone dla tych, którzy pragną wziąć odpowiedzialność za swoje życie i zmienić swoją rzeczywistość. Nikt inny na Świecie nie może dokonać tego, do czego tylko Ty zostałaś/eś powołany, nie może dać Światu tego, do czego tylko Ty zostałaś/eś wybrany, co tylko Ty możesz uczynić dzięki swoim niepowtarzalnym talentom. Powołanie może być tak ciche, że z ledwością da się dosłyszeć, ale jeśli będziesz słuchać, to je usłyszysz. Większość z nas nie jest świadoma potężnej mocy kreowania naszego życia. Co powoduje, że rzeczywistość płata nam figle? Na spotkaniach w kręgu fantastycznych osób pracujemy nad poczuciem naszej wartości, inteligencją emocjonalną, obfitością, radością życia zaprzyjaźniamy się z naszym wewnętrznym krytykiem, wewnętrznym dzieckiem, wewnętrzną samosabotażystką. MOJA PUSTYNIA
Wielbłądów nie widać, gdzieś się pasą za wydmami. Piasek dostaje się wszędzie, wieje wydawałoby się lekki wiaterek, a piasek mam już w oczach, ustach, uszach, włosach mimo, że zasłaniam się misternie upiętym sheshem, czyli najbardziej przydatnym tu nakryciem głowy, turbanem. Powitalna kolacja. Dostajemy plastikowe talerze, kubki i łyżki. Będziemy je używać do końca naszej podróży myjąc piaskiem. Obsługują nas mężczyźni. Każdy z nich ma powierzone sobie zadanie. Imiona są trudne do zapamiętania zarówno dla nas jak i dla nich. Po kolacji, składającej się z zupy i upieczonego w piasku chleba następuje ceremonia nadania imion. Jest w tym coś sakralnego. W całej naszej chrześcijańskiej tradycji z okazji ważnych uroczystości nadawane są nowe imiona. Czuję jak ta uroczysta kolacja staje się dla nas wydarzeniem, początkiem czegoś ważnego. Kolacja, a właściwie uroczystość nadania imion, którymi będziemy posługiwać się przez ten niezwykły czas trwa do późna. Przy tlącym się ogniu Mirek, tak przez nas nazwany, wygrywa rytm na tamburynie, a reszta śpiewa pieśni pustynne. Siedzę zasłuchana w monotonną melodię, powtarzające się frazy jak mantry. Nie rozumiem słów, a melodia wlewa w moje serce coś radosnego, pierwotnego, związanego z tym co tu niezmienne, z Matką Ziemią, Słońcem - Panem tej Ziemi, Księżycem Gwiazdami, piaskiem i radosnym uśmiechem naszych towarzyszy. Ich uśmiech, jasny i bezinteresowny daje mi poczucie bezpieczeństwa i bliskości mimo, że znamy się zaledwie 3 godziny. Każda z nas jeszcze w przeddzień miała swoje sprawy, często trudne. Teraz siedzimy przy ognisku z radością w sercu i powtarzamy refren pieśni, mamy nowe imiona; Aisha, Leila, Jasmina, Nura, Werde, Mażda, Rim, Miriam i Hanan. Później dowiemy się, że jesteśmy wyjątkową grupą, że taka atmosfera zdarza się dopiero przy ostatniej kolacji. Po kolacji czeka nas jeszcze ta pierwsza noc pod gołym rozgwieżdżonym niebem. Bierzemy materace i z plecakami rozchodzimy się szukać miejsca na spanie. Tego momentu bałam się najbardziej. W wyobraźni mam węże, skorpiony ... O oglądaniu gwiaździstego nieba nie ma mowy. Piasek sypie się wszędzie. Owijam shesh dookoła głowy i twarzy. Po godzinie udaje mi się zasnąć. Budzę się przed wschodem słońca około 6.30. O 7.00 rano dzwoni mój budzik w telefonie, mimo, że telefon jest wyłączony, i bez zasięgu, trochę to brzmi surrealistycznie. Wokół materaców, wszędzie znajduję dziwne ślady, jakby ktoś jeździł lekkim rowerem. Płytko rzeźbione linie tworzą sieć przeplatających się linii. Jedne szerokie na trzy cm inne węższe na 1 cm. Robiło się ciekawie. Później okazuje się, że to żuczki rzeźbią nocne drogi na piasku. Poranna toaleta bez wody i czekające na nas śniadanie - chleb pieczony w piasku, dżem figowy w puszce, herbata z miętą i słodka jak ulepek lub do wyboru kawa smakująca wybornie. Każda z nas dostaje "swojego" wielbłąda. Pomagamy przy jego objuczaniu, a potem jeszcze dwa razy dziennie będziemy pomagać go objuczać i rozjuczać. Wielbłądów jest piętnaście. Każdy przewodnik ma trzy wielbłądy, połączone sznurkiem jeden za drugim. W karawanie są takie wielbłądy, które niosą duże ciężary, jak prowiant dla 15 osób na 6 dni, wodę, nasze plecaki, w których, jak się potem okazuje 2/3 to rzeczy niepotrzebne, namiot, garnki itp. i młode wielbłądy, które niosą lżejszy ładunek i dopiero przyuczają się do chodzenia w karawanie. Ruszamy. Najpierw pieszo. Ja wytrzymuję do pierwszego postoju. Droga prowadzi przez wydmy, w górę 2, 3 metry i w dół, w gorę i w dół, wspinamy się. Wydmy tworzą jakby łagodne pasa górskie, za którymi rozciągają się doliny, często zaskakująco zielone. Rosną tu na piachu krzewy, trzeciego dnia zaskoczy nas dolina pełna rumianków. Wtedy każda z nas od naszego przewodnika otrzyma pęk rumianków. Pierwszy postój. W słońcu 35 st. C, grzeje mocno i nie ma się gdzie schować. Okazuje się, że z koca misternie ułożonego na krzaczku można zrobić pół metra cienia. Mimo zmęczenia czuję jak radość we mnie pulsuje, jak ogarnia mnie wdzięczność, oddaję się celebrowaniu każdej chwili, jestem "tu i teraz". Nie ma innych bodźców. Jest pustynia, piasek, wielbłądy, moje towarzyszki podróży i nasi uśmiechnięci przewodnicy. Obiad ugotowany przez Alego i pozostałych przewodników w dużym aluminiowym garnku - makaron z warzywami, sosem z przyprawami smakuje jak najwykwintniejsze danie w najlepszej, acz pustynnej restauracji. Po obiedzie, w tym samym garnku, w którym gotował się makaron teraz gotuje się kawa. Okazuje się, że piasek myje garnki do czysta, lepiej niż płyn do mycia naczyń. W piasku myjemy swoje talerze, kubki i łyżki. Zostałam zaproszona na tę wyprawę, aby poprowadzić "duchowo" grupę kobiet, tak jak prowadzę od dawna mój Krąg Kobiet. Pierwszego dnia na pustyni prowadzę króciutką medytację przywitania i zjednania sobie ducha pustyni, wszystkich mieszkających tam dewów, prosimy o pozwolenie wkroczenia w ich świat, o przychylność i pomoc w trudach wyprawy. Następnie witamy się ze sobą patrząc sobie głęboko w oczy i już wiem, że to wystarczy, że to co się dzieje wokół nas jest magiczne i Sahara sama nas poprowadzi. Teraz w południe patrzę na moje towarzyszki podróży i wiem, że moja rola tu się kończy. Mamy po prostu być ze sobą. W następne dni w czasie południowej sjesty proponuję tematy do rozmowy: o naszej kobiecości, historii naszych imion, swoich zdolnościach, talentach, o pierwszej miesiączce. Siedzimy w kręgu w namiocie, który ma nas chronić od bardzo gorących promieni słońca, tak jak to dawniej czyniły kobiety na pustyni, zwierzamy się, często dzielimy czymś bardzo osobistym, stajemy się sobie bliższe i uczymy się jedna od drugiej. Reszta dzieje się sama. Czujemy się coraz szczęśliwsze i coraz bardziej bliskie sobie.
Po sjeście postanawiam dalszą podróż odbyć na wielbłądzie. Pierwsza wsiadam na wielbłąda, co okazuje się nie takie proste. Wielbłąd jest objuczony materacami, kocami, bańkami. To wszystko jest przewiązane misternie sznurkiem. Wsiadam. Z przodu łapię się jedną ręką sznurka, a z tyłu czego się da, koca, sznurka, materaca. Wielbłąd wstaje najpierw na tylne nogi, więc lecę do przodu, potem na przedni nogi i lecę do tyłu. Kiedy wielbłąd wspina się na wydmę, a potem raptownie schodzi, czasem zbiega, w dół uczę się łapać równowagę. Nasz przewodnik Ali znajduje drogę, kręcąc jak na serpentynie raz w prawo, raz w lewo, raz do góry, raz w dół. Już po 15 minutach rozluźniam się i znajduję przyjemność i to jaką przyjemność!! Ja, wielbłąd, wydmy 5 - 7 metrowe. Czasami, kiedy mój wielbłąd kroczy krawędzią wydmy jestem ok., 10 metrów nad przepaścią. Na mojej twarzy maluje się zachwyt, w sercu radość i te uczucia będą mi towarzyszyć już do końca podróży. Mam wrażenie, że mój wielbłąd tańczy, a ja razem z nim. I tak płyniemy przez piaski Sahary. Teraz wiem, dlaczego na wielbłądy mówi się statki pustyni. Ekwilibrystyka na grzbiecie wielbłąda tuż za jego garbem jest niezwykła.
Druga noc już spokojniejsza. Czuję się o dziwo bezpiecznie. Z Olą odchodzimy z naszymi materacami trochę dalej za wydmy. Tylko raz się budzę, wstaję i w świetle księżyca chce mi się tańczyć, mam ochotę wyrażać pierwotną radość, której zaczynam doświadczać. ![]() Rano znów wstajemy ze wschodem słońca. Plecak, materac, śpiwór są zupełnie mokre. To poranna rosa. Przed nami pasmo wysokich wydm. Wydaje się nie do przebycia, a jednak nasz przewodnik Ali znajduje dla nas w miarę łagodną drogę. Płynę na wielbłądzie. Przede mną i za mną wije się karawana. Większość kobiet idzie pieszo. Są zmęczone, ale szczęśliwe. Mój przewodnik, czyli właściciel wielbłąda, na którym jadę Wolid Ammar nazwany przez nas Janem ma posturę chłopca. Ma ciemne, wielkie, piękne oczy i nosi duży fioletowy turban tak jak ja. Zna angielski, uczy się z kaset, kiedy w lecie nie prowadzi karawan z turystami. Mówi po angielsku płynnie i wydaje się dobrym akcentem. Wieczorami przy ognisku to on mówi mocnym głosem, a reszta mężczyzn go słucha. Lubię wsłuchiwać się w melodię gardłowych głosek. Jan lubi też żartować i recytować poezję staroarabską. Zasłuchana czuję się jakby czas się cofnął. Czuję się jak w czasach biblijnych. Odwzajemniamy się naszymi piosenkami. Okazuje się, że znamy Szła dzieweczka, Sokoły. . i to po jednej zwrotce. Nasi towarzysze proszą o przetłumaczenie o czym śpiewamy... Kiedy wyczerpuje się nasz repertuar jednozwrotkowych piosenek śpiewamy kolędy. Przybieżeli do Betlejem ma tu szczególny wymiar. Wiatr wieje coraz mocniej. Mamy nadzieję, że rozstawią dla nas namiot. Okazuje się, że to co dla nas jest już piaskową burzą to tu na pustyni zwyczajnym wietrzykiem. Idziemy z Olą za wydmy i z koca staramy się zrobić zaporę dla wiatru. Częściowo się nam udaje. Jest zimno. Niebo zachmurzone, gwiazd nie widać. Rano jesteśmy prawie zasypane. Znów do przejścia mamy pasma wydm i doliny. Kolację gotujemy już razem. Pomagamy. Czujemy wspólnotę, integrację jesteśmy otwarte na branie i dawanie. Myślimy o kontynuowaniu naszej znajomości i kobiecej przyjaźni w Polsce. Czujemy wielką bliskość ze wszystkimi. Nasza grupa to wieża Babel. Porozumiewamy się po angielsku, francusku, włosku, niemiecku, polsku i arabsku. Wieczorem tańce przy tamburynie, pieśni pustynne, powtarzamy mantry refrenu. I znowu z Olą idziemy spać za wydmy. Powietrze zastygło, jest ciepło i cicho, jakoś dziwnie cicho, wiatr przestał wiać. W tej ciszy czai się coś groźnego. Kiedy gramolę się i układam w moim śpiworze spostrzegam nagle błysk jakby ktoś robił zdjęcia z fleszem. Rozglądam się. Na horyzoncie wokół widzę co jakiś czas błyski. Myślę to niemożliwe. Burza wszędzie, ale nie tu na Saharze. Zasypiam, po 2 godzinach budzą mnie błyski coraz częstsze. Myślę nie mam gdzie się schować, więc mogę tylko zasnąć. I znowu budzę mnie krople deszczu, błyski i już słyszalne grzmoty. Razem z Olą przenosimy się bliżej obozu. Nasi przewodnicy rozbijają już dla nas namiot, który miał nam służyć tylko , jako ochrona przed piekącym słońcem. Pada coraz bardziej. Z mokrymi materacami, śpiworami, plecakami ładujemy się do namiotu. Jest ciasno. Któraś stwierdza: na reszcie śpimy wszystkie razem. Myślę burza przejdzie szybko, deszcz na pustyni nie może padać długo. Zresztą jest to już pora sucha i nasi przewodnicy są równie zaskoczeni burzą jak my. Wiatr i deszcz będzie padać już do końca naszego pobytu na Saharze. Wszystko mam mokre, siedzę na mokrym wielbłądzie. Ognisko nie chce się palić na deszczu, nic nie schnie, a nam humor dopisuje. Mężczyźni, jak chłopcy rzucają kulkami z mokrego piachu jak śnieżkami. Grają w klasy. Zapamiętam na zawsze widok, kiedy spod kawałka folii zakrywającego przed deszczem nasze bagaże, wygrzebuje się przemoczony Mirek, przeciąga się i zaczyna tańczyć i śpiewać z uśmiechem witając dzień! Pomyślałam o zestresowanych urzędnikach spieszących do pracy na całym świecie, którzy właśnie witają nowy dzień. Kiedy szóstego dnia piechotą pokonujemy ostatnie pasmo wydm cieszę się pustynią, piaskiem, który po deszczu ma kolor czerwony, odzywa się we mnie mała dziewczynka, podbiegam, żeby robić zdjęcia. Jestem dokładnie tu i teraz kiedy nagle na horyzoncie pojawiają się po nas jeepy. Jestem zła, że już koniec. Jestem zła, że nie pozwalają nam dojść do oazy widocznej w oddali. W ciągu tych 6 dni wszystko działo się "shwaya, szwaya" czyli bez pośpiechu, po woli. Byliśmy na właściwym miejscu i zajmowaliśmy się tym co w danej chwili było ważne. Kiedy się żegnaliśmy, śpiewając, tańcząc i ciesząc się sobą, zniecierpliwieni kierowcy pospieszali nas i przywoływali do naszego "rzeczywistego" świata. Jeszcze tego samego dnia docieramy do Monastyru. Cóż za niespodzianka czeka na nas. Kiedy owiane pustynnym wiatrem, z włosami uczesanymi piaskiem w pustynne dredy wysiadamy przed czterogwiazdkowym hotelem, wita nas dwóch młodych mężczyzn, jeden we fraku i meloniku, a drugi w nieskazitelnie kremowym garniturze, różowym krawacie i różowych butach. Pokładamy się ze śmiechu, z sytuacji, zderzenia poranka na pustyni i wieczoru w zatłoczonym turystami hotelu. Wiem, że wróciłyśmy do teraźniejszości. Pustynia pozostała we mnie. Przebyłam ją płynąc na wielbłądzie w zachwycie. Zachwycie bogactwem pustyni, bogactwem koloru, od brzoskwini po ceglastą czerwień, bogactwem zmieniającego się wciąż krajobrazu, roślinności i piaszczystych wydm. Jestem w stanie wdzięczności za niewyobrażalnie piękną Saharę, za niezwykłe kobiety, za ludzi pustyni, którzy pokazali mi czym naprawdę jest wolność, radość, życzliwość, otwartość serca, bezpieczeństwo bycia razem i osobno i szacunek dla naszej inności. Nie trzeba znać języka by zrozumieć drugiego człowieka. Wystarczy popatrzeć głęboko w oczy, drugiemu człowiekowi, otworzyć serce i pomyśleć: jestem tu dla siebie, jestem tu dla ciebie. Pustynia jest wszędzie wokół nas i czeka na swoje odkrycie. Każdy z nas może ją kreować wokół siebie, życzliwością i szacunkiem do drugiego człowieka. Alicja p.s. podróż odbyłam dzięki zaproszeniu przez biuro turystyczne Aslema Tours. ![]() Mandala Rospudy namalowana w Kierwinach dnia 15 marca 2007 przez uczestniczki Przystanek Teremiski - wyjazd dla kobiet
13.08. - 20.08.2005 autorka: Sylwia Stawarz Przyjeżdżamy! Za nami ląd przed nami wyspa - cudowny budynek szkoły w Teremiskach, który na tydzień użyczył 26 kobietom swych gościnnych progów. Szukamy naszych magicznych miejsc. Czekamy, aż któreś z nich nas zawoła. Rozpoznawszy je, robimy wszystko by do nich dotrzeć. Teremiski - mała wieś pomiędzy Hajnówką i Białowieżą, w samym sercu Puszczy Białowieskiej. Miejsce magiczne, które z założenia pomaga ludziom transformować, uczyć się siebie i świata, pokazuje, że w życiu wszystko jest możliwe, jeśli tylko wystarczająco mocna jest siła pragnienia. Dla nas, uczestniczek wyjazdu z Alicją Bednarską, Małgosią Sieczkowską i Kasią Klebbą, Teremiski to miejsce spotkania zwykłych - niezwykłych kobiet, które w stworzonym na ten czas kręgu, postanowiły odnaleźć łączącą je więź, więź z Matką Ziemią, Księżycem, niezmiennie płynącymi nurtami natury, indywidualną więź ze sobą i swoim wnętrzem. Jest tyle spraw i tyle miejsc, do których dotrzeć bym chciała.
Jest tylu ludzi i tyle odczuć, bez których żyć bym nie umiała. Jest taka mądrość i taka prawda, która Kobietą się nazywa. Jest taka studnia, w niej dóbr obfitość - Zaczerpnę z niej, będę szczęśliwa.
Jest nas 26 kobiet - w różnym wieku, różnych zawodów, różnych imion i o różnych światopoglądach. Kasia, Barbara, Ewa, Ania, Ela, Krystyna, Aldona, Inga, Sylwia, Justyna, Patrycja, JuDu, Ola, Monika, Marta, Diana, Jola, Alicja, Małgosia, Agnieszka, Mirka. Niby więcej nas dzieli niż łączy, a jednak wszystkie przyjechałyśmy tu, aby ulepszyć, zmienić swoje życie, żeby zrobić coś dla siebie. Taka mała odnowa psycho -ruchowo - duchowa. Naszymi mistrzyniami na Teremiskowej drodze są: Alicja M. Bednarska - trener rozwoju potencjału osobistego. Od wielu lat prowadzi krąg kobiet i warsztaty rozwoju osobistego w całej Polsce. Ma swoje magiczne miejsce w Warszawie przy uroczej uliczce Koziej. Katarzyna Klebba - kompozytorka i skrzypaczka, kobieta muzyka, kobieta pasja. Małgorzata Sieczkowska - psychoterapeutka i trener umiejętności psychologicznych. Prowadzi gabinet pomocy psychologicznej w Poznaniu. "Przeszłość minęła, przyszłości jeszcze nie ma, a to jest jedyna ważna chwila."
Wszystkie nasze tzw. "oficjalne"i "nieoficjalne" spotkania odbywają się w kręgach. Każda z nas ma w nich możliwość swobodnej wypowiedzi i dyskusji. Krąg daje poczucie równości i wspólnoty, nawiązuje np. do tradycji Indian, czy "kręgów kobiet" organizowanych przez Alicję na ul. Koziej w Warszawie. Rozmawiamy o naszych celach związanych z warsztatami, o naszych wielkich i małych marzeniach, o metodach ich realizacji, o sprawach zwykłych i codziennych, o kobietach wczoraj, dziś i jutro. W atmosferze kręgów odbywają się również sesje oddechowe i konstelacje rodzinne metodą Berta Hellingera i różne procesy z wykorzystaniem takich metod jak NLP, medytacja, wizualizacja, yoga, masaż inhoa itp.
Miłe/ niemiłe zaskoczenie! Serwowana kuchnia to kuchnia wg. 5 przemian, potrawy stricte wegetariańskie, dla wielu z nas to pierwsze spotkanie z kaszą jaglaną. Jest chleb i masło, zupa śniadaniowa, gomasio, jednym słowem " strąkowe" pod każdą postacią, oczywiście wg. "Ósmej przemiany dnia piątego", jak mówi Patrycja. Niejednej z nas śni się kabanos, czy kotlet schabowy, ale. zmiana to także zmiana nawyków żywieniowych, poranne ćwiczenia jogi, medytacja i relaksacja ciszą i w ciszy. Posiłki przygotowują dla nas dwie studentki, wesołe - wrażliwe dziewczyny Mirka i Agnieszka. P.S. Dzięki tej kuchni powstał przepiękny utwór muzyczny na bębny, skrzypce, fortepian i marakesy. Utwór oczywiście kompozycji własnej uczestniczek warsztatów.
Już pierwszego wieczoru okazuje się, że Kasia Klebba (doskonała skrzypaczka i kompozytorka), czyli muzyka i pasja pod pełną postacią, zaopatrzyła nas w różnego rodzaju instrumenty. To jednak nie wszystko, Kasia pokazuje nam, że "chcieć to móc" i że każda z nas, wspólnie i z osobna potrafi grać, że w każdej z nas żyje "kobieta muzyka". Muzyka, taniec i radość towarzyszą nam zresztą przez cały pobyt. Tańczymy "taniec dusz", taniec wyrażający nasze ciała, tańczymy przy ognisku w wigilię Księżyca 19.08.2005, wreszcie ruszamy się w radosnym, żywiołowym rytmie samby, pokrzykując "Viva Kristina". Podobno każde miejsce ma przypisany sobie dźwięk muzyczny, który go charakteryzuje. Do Teremisek pasuje dźwięk E.
15 sierpnia- święto Matki Boskiej Zielnej. Zbieramy zioła, robimy osobiste bukiety, które poświęcone przez księdza, chronić będą nasze domy siłą Matki Boskiej Zielnej. Jesteśmy na Podlasiu, tuż przy granicy z Białorusią, miejscu Polski, gdzie większość stanowią ludzie wyznania prawosławnego, a jednak.. Niedaleko Teremisek, we wsi Budy, znajduje się mały kościółek katolicki. Niezwykłość tego kościoła polega na jego usytuowaniu w prostej, wiejskiej chałupie. Wchodzimy więc jak do domu i znajdujemy się pośrodku kościoła przed ołtarzem - w pokoju gościnnym. Moc tego miejsca związana jest z prawdziwą siłą jego mieszkańców. Życiowa mądrość tych wiejskich kobiet nieporównywalna jest z żadną inną. Poznałyśmy jedną z nich, miejscową kobietę czynu, panią Annę. Pani Anno, dziękujemy za dar walki i dar działania, dar ufności i wiary w kobiecą moc, której jest pani ucieleśnionym przykładem.
Jest pięknie. Dookoła sierpniowe słońce, puszcza Białowieska, łąki i pola. Z radością i beztroską oddajemy się lenistwu na łonie natury: spacerujemy, opalamy się, jeździmy na rowerach. Milczymy i śmiejemy się wspólnie. Jest pięknie - nieuchwytny obraz chwil.
Spotkanie w ogrodzie, przychodzi do nas niezwykły gość - Joanna z leśniczówki Podcerkiew. Nie jest rdzenną mieszkanką tego regionu, przez długą część swojego życia mieszkała w Krakowie, mieszkała a marzeniami była w Białowieży. Wymarzyła sobie swoje miejsce w lesie, z dziećmi, przyjaznymi ludźmi i ukochanymi zwierzętami. Marzyła i jej pomysły urzeczywistniły się. Mimo wielu trudności jest w miejscu, które kocha z tymi, z którymi chce być. Wrosła w to miejsce, jak we własne, jest dla nas nieocenioną skarbnicą miejscowych zwyczajów: jeden z nich dotyczy pozostawiania w lesie skrawków materiału. Taka porzucona szmatka, symbolizuje zostawienie problemów i kłopotów. Nie wolno jej podnosić, aby nie zabrać cudzych spraw ze sobą. "Dziewczyny, gdy jesteście w lesie, w żadnym wypadku nie podnoście z ziemi, porozrzucanych tam szmatek"
- śmieje się Joannna - "Te szmatki to pozostawionetam ludzkie kłopoty." - dodaje. "Aha no i uważajcie na niektóre marzenia, bo naprawdę mogą się spełnić".
Joanna pozostawia w nas magię sierpniowego popołudnia i namacalną wiarę w siłę marzeń.
Większość z nas zabrała ze sobą ulubione zdjęcia, pamiątki chwil utrwalone na zawsze. Siedzimy w kręgu, dzielimy się fotografiami i związanymi z nimi historiami z naszego życia. Pod koniec każdej opowieści Małgosia z mocą uderza w bęben i celnie puentuje : "Agnieszko, dziękujemy tobie za najpiękniejszą opowieść duszy nieświadomej swojego piękna."
"Judu, dla ciebie chodzącej fotografii." Każda puenta jest ukoronowaniem tego, co najcenniejsze w naszej kobiecości.
"Rytuał I" Piękny letni wieczór, rozmawiamy o imionach. To niewiarygodne ile pięknych historii wiąże się z imieniem i jak imię potrafi wpłynąć na życie człowieka: Aldona - zdecydowana, silna kobieta. Imię wybrał dla niej ojciec, pochodzący z kresów. Aldona to imię litewskie, trudne do zdrobnienia, a Aldona zawsze chciała być po prostu małą Donką. Anna - nazywana Hanią, ale tak naprawdę to pierwowzór Ewy - pierwszej kobiety. Barbara - przez pierwsze 3 lata życia nazywana Ewą, potem już oficjalnie, tak jak w dokumentach Basią. Kim czuje się dzisiaj jako dorosła kobieta? Bardziej Ewą czy bardziej Basią? Diana - kobieta wojowniczka, silna osobowość. W domu, jako dziecko nazywana była Dzidą.
Dziś dzień pełni księżyca. My też chcemy poczuć się w pełni kobietami. Zakładamy spódnice, szykujemy się jak na bal lub specjalne wyjście. Idziemy do ogrodu, tam czeka na nas piękny, kolorowo nakryty jak czakramy stół. Na stole mnóstwo wstążek, koralików, kamyczków, muszelek wokół zapach lawendy. Alicja pokazuje nam swój woreczek skarbów - małe kotwice, kawałki wspomnień, które minęły, ale ich zapach jest ciągle obecny. Każda z nas wybiera sobie tkaninę i zawiązuje w niej to co dla niej najcenniejsze. Każda robi własny woreczek, będzie nam przypominał o chwilach spędzonych przy ognisku w wigilię pełni Księżyca 19 sierpnia. Z pełnią Księżyca wiąże się wiele ciekawych rytuałów: szykowanie bramy prowadzącej do ogniska, wyznaczenie strażniczek ognia i mocy, spisywanie na listkach laurowych wszystkich życzeń, palenie tego, czego chcemy się już pozbyć i tego co chcemy aby nastąpiło, palenie ziół. Stojąc w kręgu przy ognisku, dziękujemy za wszystko co dla nas najważniejsze. Podobno prośby i dziękczynienia wypowiedziane w noc pełni, w kręgu ogniska, mają niezwykłą moc.
Pobyt w Teremiskach to czas niezwykłych zdarzeń. Czas rozmów, kontaktów z przepiękną przyrodą, czas małych - wielkich cudów. Czas obfitości tego, co dobre i co złe być może, obfitości nieznanego do końca całości obrazu. Teremiski dały nam radość i łzy, sukces i zastanowienie, pracę i błogie lenistwo, zaangażowanie i dystans. A może to my same ofiarowałyśmy sobie tak wiele? "Ta studnia ma kręgów wiele.
W tej studni obfitości moc. Skończył się nasz wyjazd - drodzy przyjaciele. Nadszedł czas powrotów, resztę powie los."
Teremiski - 2 turnus
Drugi turnus był tak inny od poprzedniego. Było już w składzie mieszanym: 13 kobiet i jeden mężczyzna... Atmosfera zupełnie inna, więcej lasu, więcej natury, sowa stale nadzorująca nasze działania. Oczywiście nie obeszło się bez rytualnych tańców. Napisała Kasia Wos Kiedy usłyszałam od Alicja o wyjeździe do Teremisek, z miejsca podjęłam decyzję - jadę. Bardzo szybko jednak przekonałam się o tym, że nie miałam pojęcia jak wyglądają takie warsztaty, jaką mogą mieć moc i jak silnie mogą transformować. Teremiski - mała wieś położona w samym środku Puszczy Białowieskiej, na zawsze pozostanie w mojej pamięci, a ludzie, z którymi spędziłam ten tydzień zawsze będą mieć miejsce w moim sercu. Jestem na miejscu. Przez najbliższy tydzień będę mieszkać w starej szkole. To budynek o niepowtarzalnym klimacie, o takich miejscach zwykle mawiamy - dom z duszą. Po co tu przyjechałam? By zmienić coś w moim życiu, poznać lepiej samą siebie, nabrać dystansu do problemów, z którymi zmagam się na co dzień i odpocząć, bo przecież są wakacje. Pierwszego dnia poznaję pozostałych uczestników wyjazdu: Irenkę, Grażynę, Asię, Monikę, Gosię, Milenę, Małgosię, Anię, Krzysztofa, Mirkę, Izę. Warsztaty prowadzone są przez Alicję M. Bednarską i Małgosię Sieczkowską. Kiedy spotykamy się po raz pierwszy w kręgu, by omówić nasze cele i oczekiwania związane z pobytem w Teremiskach, czuję się niepewnie, patrzę nieufnie na siedzące wokół mnie osoby i wiem, że nie potrafię powiedzieć tego, co tak naprawdę myślę i czuję. Paraliżuje mnie moja nieśmiałość. Dzisiaj, kiedy to piszę wiem, że cele te udało mi się zrealizować. Wydarzeniem, które rozpoczęło zachodzące we mnie zmiany była sesja oddechowa. Ten dzień był pierwszym, kiedy z moich oczu popłynęły łzy, a w ciągu tego tygodnia tych łez było wiele. Początkowo były to łzy bólu, żalu, ale później były to już łzy wdzięczności, a na końcu radości i szczęścia. Nie myślałam, że w ciągu kilku dni tak wiele może dziać się w życiu człowieka. Nie myślałam, że można w tak krótkim czasie poczuć tyle skrajnych emocji, że mogę w ciągu jednego dnia pokonać coś, z czym bezskutecznie walczę od lat. Dzień rozpoczynamy medytacją, jogą, relaksacją, do godziny jedenastej jesteśmy w swojej wewnętrznej ciszy. Nie rozmawiamy. Początkowo bardzo mi to odpowiada, nie muszę z nikim rozmawiać, mogę zająć się sobą, żyć w swoim świecie. Jednak z upływem czasu, wraz z zachodzącymi we mnie zmianami zachowanie milczenia staje się, coraz trudniejsze. Już wiem, kiedy jest mi smutno wolę milczeć, kiedy czuję radość chcę się nią dzielić z innymi. Kolejne ćwiczenie, które zapamiętam na długo to uznanie swoich osiągnięć, sukcesów. Jak każda z obecnych tu osób mam ich wiele, ale zastanawiające jest to, że po ich osiągnięciu stały się one dla mnie tak mało ważne? Rozmowa z Alicją uświadamia mi, że uznaję je za nieistotne, ponieważ są moje, gdyby to były sukcesy innej osoby to była by to już zupełnie inna sprawa. Już wiem, że nieuznawanie tego, co osiągnęłam do tej pory sprawia, że każdy kolejny sukces w momencie osiągnięcia, przestaje mieć dla mnie znaczenie, przestaje być sukcesem. Z podziwem patrzę na pozostałe osoby, które z radością i dumą mówią o swoich sukcesach. Ja, też chcę się tak cieszyć i już wiem, że mój problem nie polega na braku sukcesów, ale na braku uznania ich za ważne. Całą noc zajęło mi zrozumienie prawdy, że to tylko ja mogę zdecydować o tym czy będę z nich dumna czy też nie. Następnego ranka, kiedy się budzę już wiem, że Alicja ma rację - to jest mój wybór i to ja decyduję, co wybieram. Następnym dużym przeżyciem były dla mnie ustawienia rodzinne wg Berta Hellingera. Dzięki nim na niektóre moje problemy spojrzałam inaczej. Zrozumiałam, że istnieją pewne proste prawa, które rządzą naszym życiem, i nie ma przed nimi ucieczki. Z każdym dniem czuję zmiany, które we mnie zachodzą. Zrozumiałam, że jestem, kim jestem i to jest piękne. Jestem wystarczająco dobra taka, jaka jestem i nie muszę zakładać kolejnych masek by móc się za nimi schować. Zakładając je chowam się przed ludźmi, ale przed wszystkim przed samą sobą. Przez ten tydzień udało mi się spojrzeć na siebie z innej perspektywy, z zachowaniem pewnego dystansu, co pozwoliło mi zobaczyć wiele spraw w zupełnie innym świetle. Jestem za to wdzięczna Alicji, Małgosi i wszystkim pozostałym osobom, bo każda z nich osobiście przyczyniła się do tego, że wyjeżdżam z Teremisek, pogodzona z samą sobą i życiem. Duże znaczenie miała dla mnie obserwacja pozostałych uczestników warsztatów. Przebywanie razem ze sobą przez 24 godziny na dobę zrobiło swoje, każda, z tych osób jest mi w jakiś sposób bliska. To zadziwiające, ale w każdej z nich widzę jakąś cząstkę samej siebie. Od pobytu w Teremiskach minęły prawie dwa miesiące. Co dał mi ten wyjazd? Wiarę w to, że to ja nadaję mojemu życiu znaczenie, że w każdej chwili mojego życia mam wybór i to ja decyduję, co wybieram. Nauczył większej otwartości wobec ludzi i zaowocował w przyjaźnie, które mam nadzieję, będą nadal się rozwijać i przetrwają próbę czasu. Korzystając z okazji chcę jeszcze raz podziękować wszystkim osobom, z którymi spędziłam ten tydzień za ich obecność i wszystko to, co dla mnie zrobiły. Myślę, że na pewno wrócę do Teremisek, bo tam urodziłam się na nowo. Konstancin - Jeziorna, 13.12.2005 Teremiski turnus II Już dawno temu obiecałam Alicji "opis Teremisek". Trudno było mi się do tego zabrać. A to miałam dużo pracy, a to było kilka dłuższych wyjazdów, a to po prostu, zwyczajnie chciałam się polenić i nie robić nic. Kiedy na dworze zrobiło się buro, szaro i zaczął się listopad - rozmyślałam często o ciepłym lecie, wyobrażałam sobie siebie jako motyla latającego nad Teremiskami i byłam bliska przelania myśli, odczuć i wrażeń na papier. W głowie miałam przynajmniej kilka pomysłów na opis, a jednak ciągle mi było daleko do kawałka papieru i pióra. Pewnego dnia zerknęłam na stronę i zobaczyłam, że opis "Teremisek II" już jest. Kasia trafnie ujęła wiele z tego, co ja nosiłam długo w sobie. Pod wieloma Jej słowami, mogłabym się podpisać. Ponieważ Piękny Opis Teremisek już jest, ja piszę Otwarty List do Wszystkich TereMiśków. Lubię oglądać zdjęcia, które robił nam Krzysiek. Lubię bardzo te zrobione w Domu, kiedy w oczekiwaniu na posiłek, albo w przerwach między zajęciami czytaliśmy, gadaliśmy i rozmyślaliśmy. Bardzo lubię te "w oczekiwaniu na żubry" (w oczekiwaniu na te, które nie wyszły do nas). Takie Prawdziwe Wakacje. Siedzimy na trawie. Gadamy. Drapiemy się udręczeni komarami. Śmiejemy się Milczymy też czasem. Alicja łączy się telefonicznie z Ważną Młodą Kobietą na Helu, a potem Rozpromieniona i Szczęśliwa opowiada nam o tym. Życie się toczy. My na chwilę zatrzymaliśmy się w biegu. Szczęśliwi nie liczymy Czasu. Jesteśmy Tu i Teraz. Poezja Życia pisze się w nas. W każdym z osobna i wszystkich razem. Uwielbiam wracać myślą do tej Chwili. Potem wracamy przez Puszczę. Jesteśmy Razem. Uważni na to, co w nas i na siebie wzajemnie. Dojrzali? Dojrzalsi? Lubię Dzień, w którym podjęłam decyzję o wyjeździe do Teremisek i lubię te Wszystkie Wasze Dni, kiedy i Wy podjęliście decyzje o wyjeździe. I lubię też Dni, kiedy Teremiski zakiełkowały w głowach Alicji i Małgosi. Bardzo lubię te wszystkie dni. Jeden Dzień lubię jednak szczególnie. Wiecie, który?:) To Dzień, w którym Krzysiek postanowił przyjechać do Teremisek. Dzięki Jego Obecności lepiej zrozumiałam Prawdę Oczywistą, że Mężczyzna też Człowiek. Proste? Jednak często o tym zapominałam. Teremiski, to nie było tylko wędrowanie po Pięknej Puszczy Białowieskiej, obserwowanie Mądrej Sowy, delektowanie się Ciszą. Teremiski, to przede wszystkim Ważna Praca. Najważniejsza. Praca nad Sobą, albo raczej: Praca z Sobą. Ze swoimi przekonaniami, emocjami, lękami, nawykami, radościami, sukcesami, smutkami, a nawet rodzinnymi więzami. Często przypominam sobie wzruszenie, jakie odczuwałam, czekając na Magiczną Godzinę 11. Na ten moment, kiedy Cisza pełna dźwięków, kroków, skrzypnięć podłogi, westchnień, stłumionych odgłosów krzątaniny w kuchni, zamieni się w Słowa, które codziennie w każdym z nas dojrzewały. Przemyślane, ale nie wydumane. Głębokie, ale nie patetyczne. Prawdziwe. Wartościowe. Osobiste. Dzięki temu doświadczeniu czasem udaje mi się w porę zatrzymać, kiedy moje Słowo chce być szybsze od Myśli i może kogoś zranić. Przywołuję wtedy w pamięci Magiczną Godzinę 11 i milknę na chwilę. Na wystarczająco długą chwilę, żeby dać Słowu dojrzeć. Nucę w myśli za Poetą: "gdy się milczy, milczy, milczy, to apetyt rośnie wilczy na poezję co być może drzemie w nas". Za tą cenną naukę Alicji i Małgosi szczególnie dziękuję. Dziękuję tez Wam razem i każdemu z Was osobno. To był Dobry Czas razem w Teremiskach. Lubię do niego wracać we wspomnieniach. Bardzo cieszy mnie częsty kontakt z prawie wszystkimi TereMiśkami. Spotkania, rozmowy telefoniczne, liściki, karteczki, miłe i krzepiące słowa. Prośby o pomoc i dowody sympatii. Wspólne czekolady "na mieście", odwiedziny, wsparcie, kiedy bardzo go potrzeba, niespodzianki, prezenty i PREZENTY, które zapierają dech w piersiach, jak, np. Ogromniasty Biały Miś Podróżnik od Irenki, który podobnie jak ja opuścił (pewnie trochę mniej świadomie niż ja) Cudną Wielkopolskę i zamieszkał na Mazowieckim Mazowszu. A trzeba Wam wiedzieć, że Mis, wcześniej bywał w Świecie! Gdzie i z Kim bywał i jaki z niego Światowiec, opowiem zapytana przy czekoladzie, grzanym winie, herbacie z miodem i cytryną, albo może w czasie jakiegoś weekendu wiosennego z TereMiśkami w Teremiskach?..:) Pisanie tego listu i czytanie opisu napisanego przez Kasię karmi Moją Duszę. Pamiętacie ten cudny ciepły letni dzień? Stół w ogrodzie. Skrzypiąca jabłoń obok nas. Cichutko. I my recytujący prosto z Duszy, o tym, co nas wzrusza. O tym, co nam daje Moc. Przypominacie sobie to czasem? Waaaaarto!!! To na pewno warto robić!!! Dobrych dni Wam życzę teraz i potem i później. Dni Karmiących Wasze Dusze. M. WYJAZD DO RECZA: "Ścieżka Mojego Życia"
10 - 13.11.2005 autorka: Sylwia Stawarz Długi weekend, czyli te wyczekane wolne dni, które należą tylko do nas. My, tzn.: Anna, Joanna, Magdalena, Aleksandra, Agata, Bogna, Diana, Renata, Anna, Sylwia, Barbara, Bernadeta, Katarzyna, zdecydowałyśmy spędzić ten czas w Reczu, na warsztatach "Ścieżka Mojego życia" Organizatorką wyjazdu do Recza była: Alicja Bednarska, towarzyszyła jej Ewa Karasińska - Gajo, która prowadziła tańce w kręgu. Dzięki nim i dzięki sobie, spędziłyśmy 4 niezapomniane bardzo transformujące dni, pełne ważnych zdarzeń, rozmów, procesów, odmiennych emocji i tańca. Każda z nas przyjechała do Recza z innymi, indywidualnymi przeżyciami, emocjami, kłopotami". Każda z nas wyniosła z tego spotkania, coś niepowtarzalnego i jedynego dla siebie. Tymi właśnie przeżyciami, dzielą się uczestniczki warsztatów: Sylwia: Dla mnie Recz jest kolejnym krokiem na drodze odkrywania siebie, na drodze odkrywania pasji twórczości i kreatywności. Przykładem jest wiersz, który napisałam po powrocie z warsztatów: Rzecz o Reczu
A podsumowując, uważam, że było fantastycznie. Krótko, ale bardzo intensywnie i z pełnią wrażeń i przeżyć. Taki "kopniak" na odważniejsze życie.Recz był inny. Recz był zwinny. W tańcu naszym krąży wciąż. Recz kobiecą kroczy siłą. Kokietuje, że aż miło. Bo kobieca siła pewna. Bo motyla skrzydła ma. Bo kobieca siła jedna - W tańcu krąży. Mocą gra. Nie zapominając oczywiście o nadzwyczajnych kobietach. Dziękuję! Joanna: Pobyt w Reczu jest dla mnie bardzo ważny. Jest dlatego, że cały czas we mnie jest. Wszystko, co się dzieje teraz dobrego w moim życiu jest zmianą, o jakiej od dawna marzyłam, a której nie miałam wcześniej odwagi podjąć. Dziękuję wam za to. Pozdrawiam wszystkie z Was serdecznie, ściskam i całuję. Ola: Recz, to moja kolejna lekcja w długoletnim kursie pracy nad sobą. Tym razem w przeciwieństwie do samopoczucia po Teremiskach, moje samopoczucie było wypełnione niesamowitym spokojem i jakimś dziwnym uczuciem spoglądania na wszystko, co robię jakby z pozycji filmu "na zwolnionej klatce". Było to dziwne, ale pozytywne odczucie. Miałam poczucie, ze nigdzie nie muszę się spieszyć ani niczym martwić, bo i tak zdążę. I dokładnie tak się działo. Zupełnie jak czary. To niesamowite móc coś takiego choćby przez chwilę przeżywać. Poza tym pobyt w Reczu dał mi ogromnie wiele sił i mądrości wewnętrznej, które wyszły na jaw przy okazji wydarzeń bieżących, dość trudnych i burzliwych spięć dotyczących stosunków personalnych w pracy, a w kilka dni po tym również w domu (rodzinie). Podobne sytuacje już miały miejsce w moim życiu ale moje zachowanie było kompletnie inne a teraz !!!!!::)) teraz to zupełnie inna bajka. Czuje, że staję się naprawdę kimś innym, kimś, kim zawsze chciałam być. Kimś, kto właśnie tak radzi sobie z problemami, które mnie spotykają. Chcę Wam kochane powiedzieć, że satysfakcja z tego faktu jest ogromna, a na dodatek teraz chce mi się dalej i więcej, więcej i więcej. To, co teraz Wam powiem nie jest do mnie podobne, ale muszę to powiedzieć i bardzo chcę. JESTEM Z SIEBIE DUMNA. I to właśnie osiągnęłam dzięki WAM , dzięki SOBIE no i przede wszystkim dzięki mojej kochanej intuicji, która prowadzi mnie wraz z moimi stale czuwającymi ANIOŁAMI. Serdecznie Was wszystkie pozdrawiam i zawsze wspieram myślami. Renata: Pobyt w Reczu to odkrycie dla mnie siebie jako szamanki i lustra bogini Persefony. To spostrzeżenie otworzyło mi bramę drogi, którą w rzeczywistości już od dawna podążam w swych pasjach. Nie potrafiłam jedynie sprecyzować swoich oczekiwań, swego celu związanego z dotychczasowymi zainteresowaniami. Teraz wiem. Wiem także, dlaczego tak mi się "wysypywały" wszystkie moje spostrzeżenia w kierunku Kobiet, które były tam ze mną, skąd takie a nie inne nasuwające się refleksje. W drodze powrotnej dostrzegłam jak w tych chwilach byłam bardzo głęboko osadzona. Jak bardzo odkryłam radość dawania siebie takiej jaką jestem i tego co sobą reprezentuję. I jak byłam przy tym lekka... Dziękuję Wam za to Dziewczyny! Wasza Szamanka Kasia: na pewno wyjazd ten, przypadł w bardzo ważnym dla mnie okresie życia... Powiedziałabym wręcz - niezwykłym okresie :) I czy to za sprawą chwilowego oderwania się od codzienności, czy, co ważniejsze, za sprawa poznania innych kobiet, ich siły, determinacji, trzeźwej oceny rzeczywistości - wyjechałam stamtąd spokojniejsza o siebie, związek w którym jestem i moje dziecko. Zadowolona z bycia przyszła mama, zadowolona z bycia kobieta i z poczuciem zgody na to, jak wygląda moje "tu i teraz". Magda: cześć dziewczyny. Jest mi niezmiernie miło, że pamiętacie o mnie były to najpiękniejsze dni w ostatnim 5 - leciu mojego życia. Czuję się taka wypełniona spokojem. Czas po powrocie do domu był czasem cudów i krystalizacji planów na następny rok jeszcze raz wszystkim wam dziękuje pozdrawiam Bogna: Mogę powiedzieć, że moje życie dzieli się na okres przed Reczem oraz Recz i po Reczu. Wydarzyło się tam tak dużo. Tyle niesamowitych doświadczeń i zdarzeń sprawiło, że inaczej patrzę na życie. Teraz "delektuję się życiem" i przeżywam każdą chwilę dużo bardziej świadomie. Niby nic się w moim życiu nie zmieniło a TAK DUŻO się zmieniło. DZIĘKUJĘ WAM WSZYSTKIM DZIEWCZYNY za Recz. |